Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 21

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 21

Warning: mysql_fetch_array() expects parameter 1 to be resource, boolean given in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 25

Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 39

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 39

Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 45

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 45
Obóz Szkocja 2010 – 151 WDW "A co może pójść źle?"

Wrz 29

Obóz Szkocja 2010

O tym, że obóz będzie do Szkocji, zadecydowaliśmy niemal jednogłośnie na jesieni 2009 roku. W przygotowania do obozu, jak zwykle zaangażowani byli wszyscy uczestnicy:

Krzak – komendant
Kasia – kwatermistrz
Drapak – programowiec
Kazik – trasa
Marta – finanse
Michał – obsługa uczestników
Mikołaj – obsługa uczestników i program
Wojtek – trasa
Emilka – sprzęt
Mira – żywienie
Stożek – sprzęt i żywienie
Oskar – ?

Tak w skrócie przedstawiały się nasze losy:

Niedziela 4 lipca

Dzień przed wyjazdem odbyło się tradycyjne rozdzielanie sprzętu, jedzenia, odsysanie powietrza ze wszystkiego co się da, oraz ważenie.  Samo rozdzielanie rzeczy poprzedzone było krótkimi zajęciami o tym, co warto brać, jak warto się pakować itp. Mimo, że w założeniu mieliśmy zabierać ze sobą mniej jedzenia, nie obyło się bez komentarzy: „Jak to? Ta torba też jest moja?”, „Gdzie ja to wszystko upchnę?”.  Po tym spotkaniu rozjechaliśmy się do domów, by zweryfikować nasze poglądy na ilość zabieranych rzeczy.

Poniedziałek 5 lipca

Wyjeżdżaliśmy dopiero wieczorem, więc (przynajmniej mi) poniedziałek upłynął na dopakowywaniu plecaka, szukaniu po sklepach potrzebnych rzeczy oraz sprawdzaniu map i połączeń. Na samo pakowanie zostało mi pół godziny, więc wszystko działo się na podwyższonych obrotach.  Kiedy wbiegłem na dworzec, wszyscy już byli na peronie. Szybkie załatwienie najpilniejszych spraw i pociąg do Łodzi podstawia się na peron. Machamy Drapakowi i Kasi, którzy wraz z Emilką mieli dolecieć później, a przyszli na peron się pożegnać. Następnie szukamy miejsc w wagonach. Ja szybko zająłem rowerowy, pozostali rozlokowali się na nielicznych wolnych miejscach.

Gdy dojechaliśmy na miejsce trochę czasu zajęło nam znalezienie transportu na ulicę Pabianicką, gdzie mieścił się przyjazny nam Hufiec Łódź-Górna. Jeszcze w trakcie jazdy autobusem skontaktowałem się z przesympatyczną druhną która miała nam ów budynek otworzyć. Wszystko poszło zgodnie z planem, hufiec jest na prawdę wielki i fantastyczny, szkoda, że zostajemy tu tylko jedną noc;) Ostatnie przepakowania, ważenie plecaków i idziemy spać.

Wtorek 6 lipca

Pobudka wcześnie rano. Trzeba coś zjeść i ruszać na autobus. Na lotnisku byliśmy bezstresowo dwie godziny przed wylotem. Nie było większych problemów, co najwyżej niewielkie nadwyżki wagi bagażu, oraz kolejne tłumaczenie, że Oskar i Stożek są moimi dziećmi (co już wcześniej tłumaczyłem rozmawiając pół godziny z Dublinem, gdzie mieści się centrala Ryanair). Dzięki sprawnej odprawie mieliśmy sporo ponad godzinę w poczekalni.

Zdążyłem jeszcze napisać sms’a, że wszystko w porządku, kiedy przez megafony ogłoszono „Pan Bińka, proszony pilnie o zgłoszenie się do stanowiska Straży Granicznej”. Nie brzmiało to dobrze. Zgłosiłem się więc do przyjaźnie wyglądającej Pani ze Straży, która od razu przez radio zameldowała „mamy go”. Chwilę później zgłosił się równie uprzejmy Pan, z którym udałem się do pokoiku, w którym znajdował się mój plecak.  Na pytanie czy przewożę butlę i kuchenkę gazową, zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie. W związku z tym musiałem wyciągnąć wszystko z plecaka. W końcu dokopałem się do kuchenki benzynowej która oczywiście wzbudziła podejrzenia.

– Nie może Pan tego przewieźć, jest to materiał niebezpieczny.
– To jest kuchenka benzynowa wraz z psutą butlą, co w tym niebezpiecznego.
– Nie wiemy czy butla jest pusta.
– Ja wiem. Sam wylewałem z niej benzynę. Proszę zobaczyć [odkręcam wlew]
– Przykro mi, czuć wyraźny zapach benzyny, ta butla nie może lecieć.
– Acha, to co mogę w takie sytuacji zrobić?
– Niestety musi Pan wrzucić kuchenkę do specjalnego pojemnika, z którego następnie pójdzie do utylizacji.
– A czy mogę zostawić ją u Pana, koleżanka niedługo wraca, przez to lotnisko, mogłaby ją odebrać.
– Nie, nie ma takiej możliwości
– A czy mogę zostawić tą kuchenkę u kogoś innego z obsługi lotniska?
– Nie
– A czy może Pan wziąć tą kuchenkę i wyrzucić w krzaki za lotniskiem, znajdziemy ja po powrocie?
– Nie
– A czy jest cokolwiek co można zrobić, poza wyrzuceniem kuchenki?
– Nie, przykro mi.

Po tej konwersacji spakowałem wszystko do plecaka (choć już bez tetrisowej precyzji) i wyrzuciłem kuchenkę do pojemnika na utylizację (choć to jeszcze nie koniec wątku kuchenki).

Gdy opuściłem pokoik, nasz Boeing 737-800 (8AS) już czekał na płycie lotniska. Sprawnie przedostaliśmy się na pokład i po chwili wystartowaliśmy z pasa 25R i obraliśmy kurs na Edynburg.
Nie wiem na ile przeze mnie, ale lot sporo się opóźnił. Na lotnisku czekał na na Mateusz, z którym pojechaliśmy (ja i Mira) na zakupy żywieniowo benzynowe. Mimo ogromnego zabiegania, Mateusz podwiózł nas jeszcze na dworzec w Edynburgu gdzie czekała na nas reszta ekipy.
Już na dworcu pojawiły się pierwsze problemy. Bilet do Aviemore, który miał kosztować około 7 funtów kosztował 22. Po przeliczeniu naszych funduszy okazało się, że jednak stać nas na ten autobus, za to nie stać nas na zostawanie w Edynburgu na noc. Pod wieczór opuściliśmy więc stolicę Szkocji i udaliśmy się na północ. Wieczorem dotarliśmy do Aviemore i bez mapy rozpoczęliśmy wędrówkę w stronę gór Cairngorms. Było trochę błądzenia, ale w końcu dotarliśmy na miejsce gdzie leżały darmowe mapy. To usprawniło nawigację. Na miejsce basecamp’u wybraliśmy okolice jeziora Loch An Eilein. Późnym wieczorem dotarliśmy w okolice jeziora. Na miejscu był camping jednak nie było jego obsługi, spytaliśmy więc o nocleg generała który stacjonował tam ze swoją kompanią. On skierował nas do skautów, którzy mieszkali nieopodal, jednak tam nikogo nie zastaliśmy. Naszym zwyczajem postanowiliśmy rozbić się obok campingu na pewnej górze.
Równolegle z rozbijaniem namiotów gotowaliśmy obiad.
Być może zauważyliście, że od połowy opisu tego dnia, używam zwrotu „wieczorem”. Otóż wieczór, który zwyczajowo zaczyna się w okolicy 19-20, tutaj trwał w najlepsze jeszcze w okolicy północy.
To był na prawdę długi dzień…

Środa 7 lipca

SSA50018.JPG

Wycieczka

Po odespaniu trudów podróży i zjedzeniu pożywnego (tak przypuszczam;) śniadania, udaliśmy się na pierwszą górską (konkretnie dolinną) wycieczkę. Wyprawa obfitowała w atrakcje typu, wchodzenie do rury, próby zrzucania głazów ze zbocza, jaszczurkowanie. Do tego momentami niemiłosiernie wiało. Dodatkowo mogliśmy zorientować się nieco, w otaczającym nas terenie (nasza mapa, choć bardzo ładna i bogata w rysunki niedźwiadków i innych zwierzaczków, była w niewielkim stopniu kartometryczna). Wycieczka była więc swego rodzaju zwiadem.  Co również należy przyznać – pogoda dopisała.

Czwartek 8 lipca

SSA50039.JPG

Nowa lokalizacja

Tego dnia dowiedzieliśmy się, że miejsce na którym stoimy jest ścieżką, którą ludność zwykła chadzać na polowania [W Szkocji w przeciwieństwie do Chorwacji poluje się przy użyciu aparatu fotograficznego, a nie strzelby]. W związku z tą sytuacją zostaliśmy poproszeni, o przeniesienie się w inne miejsce. Miejsce mieliśmy upatrzone już w trakcie zwiadu, dzień wcześniej. Lokalizacja ta była idealna pod wszystkimi możliwymi względami. Ukryta, ale blisko drogi. Świeża czysta woda, na wyciągnięcie ręki. Gdzie nie spojrzeć tam piękne widoki.

SSA50047.JPG

Kupa kamieni

Po przeniesieniu bazy w nowe miejsce, niewielka ekipa (w składzie Krzak, Kazik, Wojtek, Oskar i Stożek) wyruszyła na wycieczkę typu „wejście na kupę kamieni”.  Nie brakowało atrakcji, takich jak krosowanie górskiego potoku i wspinanie się po stromych, acz sypkich zboczach wąwozu. Stożek dowiedział się, czy do krosowania potoku trzeba zdejmować buty i dlaczego. Na górze (gdzie wiało jeszcze intensywniej niż dzień wcześniej) zostawiliśmy w logbooku wpis dla potomnych (zostawiliśmy też długopis, aby potomni mogli również zostawić wpis). Po powrocie zaniepokoiły nas wieści o pojawieniu się tzw. „meszek”. Początkowo zbagatelizowaliśmy sprawę – ot, kilka much. Zajęcia Miry polegające na rehabilitacji przeprowadziliśmy jednak w strefie „Meszka Free Zone” oddalonej kilkanaście minut od obozowiska.

Noc jednak nie była spokojna.

Piątek 9 lipca

Rano okazało się, że stężenie meszek przekracza granice przyzwoitości. Po pośpiesznie zrobionym i zjedzonym śniadaniu każdy użył odpowiedniej dla siebie metody unikania meszek. Jedni zamknęli się w namiotach i zawinęli szczelnie w śpiwory(Mira, Mikołaj), inni udali się do miasta(Krzak, Stożek, Oskar), jeszcze inni poszli na wyprawę w góry (Kazik, Marta, Michał, Wojtek).

SSA50061.JPG

No rób to zdjęcie i spadamy!

Górska wycieczka była raczej udana, mimo że w pewnym miejscu (zaraz po wejściu w wąwóz) zaczął padać deszcz. Było zimno i wiało. Spotkaliśmy może dwie grupki turystów. W związku z trudnymi warunkami, wybraliśmy najkrótszy wariant – do jeziora Loch Einich i z powrotem. Gdy wracaliśmy przestało padać w tym samym miejscu w którym poprzednio zaczęło (stąd moja teoria o tym, że deszcz w Szkocji jest raczej funkcją miejsca, a nie czasu).  Mimo trudności pogodowych, wycieczka była dobą ucieczką przed meszkami, których ilość zdawała się rosnąć w postępie geometrycznym. Dlatego też podjęliśmy decyzję o ewakuacji tak szybko jak to możliwe.

Sobota 10 lipca

Poranna wachta (moja i Stożka) była jedną z moich najtrudniejszych (a wachtowałem już kilka razy). Ilość meszek osiągnęła zastraszającą ilość, wciskały się wszędzie gdzie to możliwe. Dzięki kominiarce zaciągniętej na całą głowę dało się jakkolwiek funkcjonować. Mimo ekspresowego tempa, na dłoniach (jedynej odsłoniętej części ciała) doliczyłem się ponad 50 ugryzień (czerwone plamy na ponad 50% powierzchni skóry). Ewakuacja przebiegała sprawnie i już po godzinie od skończenia śniadania, mogliśmy z ulgą opuścić meszkolandię.  Następnie przez Aviemore i Inverness dostaliśmy się do Drumandroicht, gdzie rozbiliśmy się na campingu.

Niedziela 11 lipca

SSA50080.JPG

Wodospad

Rano postanowiliśmy wybrać się do lokalnego Kościoła (Church of Scotland), jednak spóźniliśmy się około godzinki. Z zamiarem wrócenia na wieczorne nabożeństwo udaliśmy się więc na wycieczkę. Wycieczka oparta o mapy na tablicach informacyjnych okazała się być bardzo sympatyczną. Dotarliśmy do przepięknych wodospadów po czym wróciliśmy spacerkiem do Drumandroicht. Część udała się na namioty, część z pewnymi obawami poszła do Kościoła.

Obawy okazały się bezpodstawne, a nabożeństwo było fantastyczne. Po nim, jak to zwykle bywa, staliśmy się lokalną atrakcją. W pewnym momencie ludzie stali w kolejce, żeby z nami porozmawiać. W ten sposób poznaliśmy m.in Czecha, który mieszka w Drumandroicht od niedawna.

Poniedziałek 12 lipca

SSA50086.JPG

Zamek Uruk-hai

Z powodu nie najmniejszej ceny campingu i trudności ze znalezieniem miejsca „na dziko”. Z rana wyruszyliśmy do Urghart Castle skąd odjeżdżał nasz autobus do Fort Augustus.
Autobus nie przyjeżdżał i nie przyjeżdżał, a my mokliśmy i mokliśmy na przystanku. Co jakiś czas tylko przetaczał się autobus z zagraniczną wycieczką, która zwykła uznawać nas za jedną z atrakcji Urkhart.
W końcu, dokładnie po czterech minutach, przyjechał nasz autobus. Załadowaliśmy się do niego wraz z całym dorobkiem, tylko po to, żeby po dwudziestu minutach wysiąść w Fort Augustus.
Na miejscu udaliśmy się na zwiad. Najpierw do informacji turystycznej, potem w okoliczne lasy i pola. Miejsce które znalazłem ja z Oskarem, nadawało się idealnie na scenerię Martwych Bagien z powieści Tolkiena, dużo mniej nadawało się do rozstawiania namiotów, dlatego też wybraliśmy miejsce Krzaka i Mikołaja. Był to pięknie wykoszony trawnik z wielką tabliczką „zakaz rozstawiania namiotów”, dlatego też rozbiliśmy się w lesie tuż koło trawnika.

Wtorek 13 lipca

SSA50096.JPG

Może nie do końca wygląda jak wodospad, ale i tak było fajnie

Z pewnym niepokojem spoglądamy w niebo, które powoli zasnuwa się… meszkami. Tym razem dysponujemy jednak zaawansowanymi technikami zwalczania ustrojstwa (Inwestycja Miry i Mikołaja). Tego dnia zaplanowaliśmy wycieczkę na „Falls’y”.
Droga przed nami była długa i nieco monotonna (tylko czasami zza drzew widać było Loch Ness). Z tego powodu postanowiliśmy urozmaicić sobie czas grą w RPG. Nie była to może najbardziej rozbudowana forma, kostkę stanowiła garść patyczków różnej długości, a wszelkie dane, przechowywane były w pamięci MG i graczy. Nie mniej grało się bardzo fajnie, a droga wydała się krótka, mimo że w dwie strony było koło 20 km.
Po dotarciu do Invermoriston okazało się, że rzekome Falls’y nie istnieją, lub istnieją w innej części przestrzeni, mimo to wycieczka była raczej udana:)
Prawdopodobnie tego dnia, ku zaskoczeniu, na obiad podano Kebab;)

Środa 14 lipca

SSA50092.JPG

Typowe Szkockie śniadanie: Szprotki na chlebie tostowym i dietetyczna Cola

Opuszczamy Fort Augustus i przenosimy się do Fort William. W autobusie spotykamy tego samego kierowce, który przewiózł nas z Inverness do Drumandroicht, było więc sporo taniej, niż płacilibyśmy normalnie, ale szczegóły stanowią tajemnicę handlową między nami, a kierowcą;)
Pobyt w For William nie był bardzo długi, po próbie namierzenia sklepu i informacji turystycznej, udaliśmy się na przedmieścia, by odnaleźć camping na którym mieliśmy spędzić dwie kolejne noce. Droga była męcząca, jednak jeszcze przed zmierzchem znaleźliśmy nasz camping. Obiekt był ogromny, jednak było tu całkiem przyjemnie.

Czwartek 15 lipca

SSA50102.JPG

Na najwyższym szczycie Wielkiej Brytanii

Z rana otrzymaliśmy polecenie zdobycia najwyższego szczytu Wielkiej Brytanii. Szczęśliwie znajdował się on tuż obok naszego campingu, więc ruszyliśmy w nadziei na szybkie zdobycie wierzchołka i powrót na dół. Wspinaczka była dość długa i męcząca mimo, że nie było zasadniczo trudnych ostrych podejść. Raczej monotonny spacer, przy lekkim nachyleniu zbocza. Gdzieś na wysokości 2000 stóp, zaczynały się chmury i straciliśmy piękne widoki na dolinę. Niewiele dalej natknęliśmy się na śnieg, który przysporzył nam nieco radości:) Dość mocno przemoczeni, dotarliśmy na szczyt, nie był on w żaden sposób spektakularny, raczej płaski, zaśmiecony i z ruinami budowli (w których się schroniliśmy, by spokojnie zjeść płatki śniadaniowe).
Pamiątkowe zdjęcie i schodzimy. Na dole byliśmy koło 17, przemoknięci, przemarznięci i przemoczeni, jednak w większości szczęśliwi – w końcu niecodziennie wchodzi się na najwyższy szczyt kraju.
Na campingu czekał na nas Drapak. Należy wspomnieć, że campingi w dalekiej Szkocji, nie są miejscem w którym często spotyka się Drapaki. Nie daliśmy się jednak zaskoczyć, bo w okrągłą rocznicę bitwy pod Grunwaldem, Drapak miał do nas przyjechać. Po jakimś czasie okazało się, że wraz z Drapakiem przyjechała Emilka i Kasia, co również było miłą, ale jednak nie niespodzianką (zwłaszcza dla kogoś kto kupował bilety lotnicze;)
Szybko uznaliśmy, że nie ma co rozstawiać kolejnego namiotu, zwłaszcza, że te już rozstawione miały ładną plakietkę „opłacone”, czego namiotowi nierozstawionemu ewidentnie brakowało.
Po opowiedzeniu sobie pierwszych wrażeń z podróży, udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Piątek 16 lipca

SSA50106.JPG

The West Highland Way

Ta część ekipy, która dzień wcześniej nie zdobyła Ben Nevis’a, nie wykazywała znaczącego entuzjazmu w tą stronę. Postanowiliśmy więc wykorzystać ostatnie chwile pobytu na campingu na mycie i pranie, po czym wyruszyliśmy. Naszym celem było najogólniej biorąc The West Highland Way. Mira, Mikołaj i Stożek zrezygnowali z wycieczki i czekać na nas w okolicach miejscowości Altnafeadh. Odstawiliśmy ich do Fort William (co nie było do końca przemyślanym manewrem) po czym weszliśmy na szlak. Padał niewielki deszcz, wiał niewielki wiatr, jednak już po 10 kilometrach wszyscy byliśmy przemarznięci i przemoknięci, a pogoda tylko się pogarszała. Przed zmierzchem postanowiliśmy rozstawić namioty w byle pierwszych krzakach i szybko ugotować cokolwiek. Po dystrybucji aspiryny i witaminek poszliśmy spać.

Sobota 17 lipca

SSA50112.JPG

Na bagnie

Mimo poprawy pogody, rano uznaliśmy, że dalsza wędrówka The West Highland Way nie jest najlepszym pomysłem i zdecydowaliśmy się wrócić do Fort William. Do miasta prowadziła przyjemna asfaltowa droga. Plecaki wciskały w ziemię, ale szliśmy całkiem sprawnie. Na postoju poprosiliśmy o wodę w losowym domu i jak to zwykle na Wyspach bywa, trudno było wytłumaczyć, że chcemy tylko trochę wody, a nie herbatę, ciasteczka i podwiezienie do miasta.
Trochę po południu Wyruszyliśmy autobusem z Fort William do Altnafeadh. Kierowca zdziwił się, że chcemy wysiadać w środku nikąd, my byliśmy podobnie zdziwieni. Można by to nazwać bezludną miejscowością, gdyby nie fakt, że tak jak ludzi, nie było tam i miejscowości. Łącznie może ze 3 domy – wszystko pozamykane.
W tym momencie pojawił się problem. W miejscowości mieliśmy zjawić się dzień później, wtedy też Mira i Mikołaj mieli włączyć telefony komórkowe. Tak czy inaczej był to kiepski pomysł, bonie było tam zasięgu.
Pamiętałem mniej więcej jakie miejsce pokazywałem na mapie Mikołajowi i po doprowadzeniu się do stanu pozwalającego funkcjonować, wyruszyłem z Krzakiem na poszukiwania. Trudno było wypatrzeć szary namiot wśród szarych skal i bagnisk, jednak w miarę sprawnie udało się ich namierzyć. Po zidentyfikowaniu mieszkańców namiotu, ruszyliśmy na dół po bagaże i ekipę.
Namioty rozstawiliśmy na mniej mokrych fragmentach bagna po czym rozpoczęliśmy gotowanie obiadu. Był to czas kiedy potrafiliśmy już rozpalać kuchenki metodami zewnętrznego zapłonu benzyny i układać z nich transformersy, mimo tego ugotowanie obiadu nie było proste, a ugotowanie herbaty okazało się niemożliwe.
Mimo różnych niedogodności, miejsce robiło naprawdę niesamowite wrażenie. Otaczały nas szczyty górskie o stromych skalistych zboczach, wysokie bagienne trawy falowały na wietrze, a promienie zachodzącego słońca wciskały się w niewielką szczelinę między wierzchołkami gór, a niskimi chmurami. Jedynym przejawem cywilizacji były samochody, małe świecące punkciki, powoli sunące po drodze. Droga ta ciągnęła się dnem rozległej doliny, po czym wspinała się na przełęcz i nikła na horyzoncie.

Niedziela 18 lipca

SSA50117.JPG

Austostradujemy do gdziekolwiek

Miejsce było niesamowite, jednak podjęliśmy decyzję o ewakuacji. Powodem była ogromna ilość przemoczonych rzeczy i nienajlepszy stan zdrowia niektórych uczestników. Postanowiliśmy zabrać się autobusem o 11 do Glasgow, jednak autobus postanowił inaczej i nawet się nie zatrzymał. Mogliśmy zostać na miejscu i czekać na następny (za 2 godziny) lub ruszyć do kolejnej „miejscowości”. Wybraliśmy drugą opcję. Spacer autostradą nie należy do najprzyjemniejszych, ale przynajmniej tempo mieliśmy dobre. Po około 2 godzinach dotarliśmy do miejscowości którą stanowił hotel górski. Bardzo miła obsługa powiedziała nam kiedy są kolejne autobusy oraz jak je zatrzymywać. By nie popełnić tego samego błędu co poprzednio, około 200 metrów przed miejscem w którym byliśmy, postawiliśmy Mikołaja, który miał dać znać autobusowi, żeby się zatrzymał. Tym razem kierowca był bardzo miły. Podróż również.
Po około 3 godzinach dotarliśmy do Glasgow. Stamtąd ostatnim autobusem pojechaliśmy do Moffat, gdzie na przystanku czekał już na nas wujek Drapaka.
Szkoda było opuszczać góry, jednak pobyt w Moffat był również miły.

Poniedziałek 19 lipca
Główną atrakcją tego dnia było odstawienie Miry na autobus do Glasgow (dalej jechała na Prestwick i leciała do Warszawy, by niedługo potem wyruszyć na kwaterkę obozu stałego). Autobus odjeżdżał dopiero o 15, wiec przez pierwszą część dnia, zajęliśmy się praniem i suszeniem rzeczy, sprzątaniem i ogólnym ogarnianiem. Po odstawieniu Miry jak przypuszczam wróciliśmy do domu, a następnie udaliśmy się na boisko.

Wtorek 20 lipca

Po obijaniu się zeszłego dnia, wypadało wyruszyć na wycieczkę.  Celem były wzgórza położone na wchód od Moffat, nie udało nam się jednak trafić na szlak i zmieniliśmy nieco koncepcje wycieczki, udaliśmy się na spacer po niewielkich pagórkach, przeprowadzając przy okazji moje zajęcia.

Wieczorem zapewne jak co dzień udaliśmy się na boisko.

Środa 21 lipca

Brakuje jakiejkolwiek dokumentacji dotyczącej tego i następnego dnia.  Przypuszczalnie dzisiaj wyruszyliśmy na większą wycieczkę górską na północ od Moffat. Jeden z lepszych dni i jedna z ładniejszych wycieczek.

Czwartek 22 lipca

Możliwe, że dzisiaj odbyły się zajęcia Emilki z gotowania. Pod wieczór wpadliśmy z Mikołajem na pomysł zrobienia gry miejskiej następnego dnia. Zebraliśmy trochę cennych informacji od cioci Drapaka i w nocy ruszyliśmy na rowerach szukać punktów do gry.

Piątek 23 lipca

Rano skończyliśmy rozkładać grę.  Po południu odstawiliśmy Martę na autobus do Edynburga (wracała do Warszawy) i rozpoczęliśmy grę. W programie m.in. znalezienie najkrótszej ulicy w Wielkiej Brytanii, zmierzenie najwęższego hotelu na świecie, zwiedzanie Church of Scotland i odbieranie nagrody w sklepie ze słodyczami;) Wieczorem odbyły się krótkie warsztaty artystyczne Kasi, które zapewniły nam sporo rozrywki, choć w czasie zajęć można było m.in skręcić kostkę, co też niektórzy uczynili (trzeba przyznać, że należało im się)

Sobota 24 lipca

Tego dnia odbyła się bardzo fajna (tak przypuszczam) wycieczka. Nie potrafię powiedzieć o niej wiele więcej, ponieważ z rana dostałem końską dawkę szkockiego ibuprofenu (1g, 2g? – nie pamiętam) i mimo, że byłem wyspany dość szybko odleciałem na parę godzin.

Jedną z rzeczy która byłem pewny, że mi się przyśniła, to to, że przyszedł do namiotu Stożek i zameldował, że zjadł 12 gorących kubków, bo nie mógł znaleźć nic innego do jedzenia – jak się później okazało to akurat nie był sen 😉

Niedziela 25 lipca

Rano ci, którzy byli w stanie się ruszać (wszyscy poza mną) poszli do Kościoła (do wyboru były: Church of Scotland, Anglikański i Katolicki). Zaraz potem zaczęliśmy próby polowe, które potrwały ładną część popołudnia.  Wieczorem śpiewanki i mega sprzątanie.

Poniedziałek 26 lipca

Rano jeszcze trochę po ogarnialiśmy nasze bagaże, oraz spakowaliśmy się. Po południu przetransportowaliśmy się na przystanek i odjechaliśmy do Glasgow (bez Drapaka i Mikołaja, którzy nie zmieścili się do autobusu). W Glasgow poczekaliśmy na chłopaków, po czym wsiedliśmy w autobus do Prestwick.

Na lotnisku znaleźliśmy dogodne miejsce do melinowania i zjedliśmy kolację. Potem pojawił się pomysł pójścia nad ocean. Szliśmy na czuja i trzeba było trochę po błądzić, ale w końcu udało się trafić na pole golfowe, zaraz za którym rozciągało się morze. Klimat miejsca był niesamowity, ale w końcu trzeba było wracać na lotnisko.

Niektórzy poszli spać, inni raczej nie za bardzo, ale w końcu doczekaliśmy poranka i zaczęliśmy pakować rzeczy i powoli odprawiać się. Odprawa odbyła się bez najmniejszych problemów i po zjedzeniu najdroższych kanapek we wszechświecie ustawiliśmy się w odpowiedniej kolejce.

Po zajęciu miejsc (mi, Mikołajowi i Wojtkowi udało się zdobyć miejsca dla Vip’ów, Michał leciał w kokpicie) bez większego opóźnienia wystartowaliśmy.  Po około 2 godzinach lotu wylądowaliśmy na pasie RWY 33 warszawskiego lotniska Okęcie. Potem nerwowe szukanie plecaków i kończące obóz bratnie słowo, na hali przylotów.

Po kilku godzinach w Warszawie, Krzak i Mikołaj wyruszyli na obóz stały nad jezioro Morzycko. Kasia, ja i Drapak postanowiliśmy wpaść im pomachać na dworzec centralny. Zaskakująco, nie wyglądali na bardzo szczęśliwych z wyjazdu..

Dla mnie Kasi i Drapaka poniedziałek, skończył się we wtorek koło północy. Dla Mikołaja i Krzaka poniedziałek trwał jeszcze dobę i skończył się w środę późnym wieczorem.

Momentami, trudny i męczący, momentami smutny i dziwny obóz w Szkocji na pewno będę wspominał dobrze, mam nadzieje, że wszyscy którzy się przez niego przewinęli również, będą go miło wspominać 🙂

Specjalne podziękowania dla rodziny Drapaka, która przez ponad tydzień cierpliwie znosiła naszą obecność w ogródku, kuchni, a z biegiem czasu w całym domu 🙂

Ciąg dalszy historii kuchenki Coleman.

Ci którzy uważnie czytali, mogą zastanawiać się, co stało się z kuchenką, którą byłem zmuszony wyrzucić w Łodzi. Otóż jeszcze tego dnia, Kasia po wykonaniu kilku telefonów wystosowała dość konkrety list do Straży Granicznej na lotnisku Łódź-Lublinek. Kilka dni później otrzymała odpowiedź, że może przyjechać po kuchenkę, co też uczyniła 🙂

1 komentarz

  1. Dzięki Kazik! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.