Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 21

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 21

Warning: mysql_fetch_array() expects parameter 1 to be resource, boolean given in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 25

Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 39

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 39

Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 45

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 45
Rajd styczniowy – 19-20.01.2008 – 151 WDW "A co może pójść źle?"

Wrz 14

Rajd styczniowy – 19-20.01.2008

Rajd styczniowy PDW ’08 🙂 19-20.01.2008

Uczestnicy: Onufry, Krzak, KaSia, Drapak, Iza.

Prolog

Drapak obudził się, zgodnie z planem, o 7.55. Niestety to, co ujrzał za oknem nie napawało go radością. Było mokro i sennie. Ale zawalczył z tym i wygrał…

19.01.2008 (sobota)

Byliśmy umówieni na pętli – Szczęśliwice o 8.40. Krzak wyjątkowo się nie spóźnił, a i na KaSię nie musieliśmy za długo czekać, w ten sposób bezstresowo wbiliśmy się do niskopodłogowego Solarisa linii 512. Po drodze, na dworcu centralnym, zgarnęliśmy Izę i pojechaliśmy dalej na przystanek o dźwięcznej nazwie: Warszawa PKP Stadion. Wszystko byłoby joł, gdybyśmy nie przegapili tegoż przystanku… Ale niestety, stało się… Długo (ponad 35 minut) błądziliśmy po Pradze (a raczej po obu Pragach: zarówno Północ jak i Południe). Najpierw z dworca W-wa Wileńska tramwajem 23 pojechaliśmy na przystanek Park Praski, po to by pokonać tę trasę tramwajem o tym samym numerku w drugą stronę, a potem 21 do Targowej, z której dawaliśmy z buta wokół stadionu. Było mokro i wszędzie było błoto i Wietnamcy, więc nawet nie było kogo zapytać o drogę… Długośmy błądzili. Widzieliśmy nawet dzikiego niedźwiedzia.. ale szczęśliwie bał się nas bardziej niż my jego 🙂 Jak się później okazało Onufry w tym samym czasie stopował od 15 minut kierowcę PKSu, by bez nas nie odjechał. Wycieczka miała jedną zaletę: poznaliśmy nieco Pragę, a Drapak dowiedział się, gdzie jest składnica na Targowej, która to dobiła ilość znanych przez niego składnic w Warszawie do czterech :-). Iza jakoś nas doprowadziła na peron PKP, skąd trafiliśmy do poczekalni i dworca PKS, gdzie spotkaliśmy Onufrego. Rozpatrzyliśmy różne opcje za i przeciw pojechaniu na rajd, w taką siąpiącą pogodę (bo taki prolog jak Drapak mieli też Krzak i KaSia), ale Onufry przy wsparciu Izy nas przekonali. Ustaliliśmy plan i wsiedliśmy do PKSu 🙂 W drodze mieliśmy semi–RPG, prowadzonego przez Onufrego, który to polegał na tym (Onufry?! 😛 – przyp. przepisywacza; nie Onufry, a RPG – przyp. autoryzacja..), że w parach, rozpoczynając z różnych miejsc w Warszawie, musieliśmy znaleźć tą drugą osobę :-). I tak np. Ja, zaczynając z Biblioteki Narodowej, musiałem znaleźć Izę, która zaczynała na pl. Narutowicza, przy czym każde z nas nie wiedziało, gdzie jest to drugie. Jak się okazało najbardziej lubimy się szukać na pl. Narutowicza, przed hufcem i na pętli – Szczęśliwice, Drapak jest zadowolony – mieszkam na głównym węźle komunikacyjnym zochoconych członków PDW :-). Wyszukiwanie się zajmowało nam około 1,5 h, ale to przez to, że pkty startowe bywały daleko od Ochoty :-). Dotarliśmy do (tutaj Onufry lub Krzaq wpisze nazwę wsi, do której dojechaliśmy PKSem…) (Onufry wpisuje nazwe Trzcianka), gdzie udało nam się zorganizować dach nad głową, pod którym to Drapak spakował swój śpiwór i plecak do „plecaka Onufrego II”, a Onufry do swojego „plecaka I” dotroczył gitarę. Tak wyszykowani ruszyliśmy w drogę. Nieco moknąc i brodząc po bagnach, odludziach i podmokłych łąkach, przechodząc brody i forsując skute lodem rzeczki, niecośmy zgłodnieli, na skutek czego urządziliśmy postój, w miejscu nieco osłoniętym od lodowatego wicherku i zacinającego kapuśniaczku. Tutaj KaSia całowała się z krzakiem, ale ustaliliśmy, że nie w usta, tylko gdzie indziej… ale potem urwała to coś, w co całowała… (KaSia mowila, ze to usta) no i generalnie było wiele radości, a także herbatka i ciasteczka :-). Potem ruszyliśmy w drogę powrotną i dalej w kierunku B….(Tutaj Onufry uzupełni nazwę wsi 🙂 (obstawiam, ze chodzi o Branszczyk, bo to w jego kierunku sie udalismy) Udaliśmy się do sklepu, celem uzupełnienia braku środków chemicznych w organizmie, a także poznania zwyczajów miejscowych dresów śmigających na skuterach i w maluchach z blachami WWY (Wyszków).

Potem Onufry przesterował swoją grę terenową, która na skutek osiągniętego na dworcu PKS Stadion konsensusu nie mogła odbyć się jutro, gdyż jutro chcieliśmy być o 10.00 w domu (znaczy KK ((KaSia i Krzak)) chcieli), ani nie mogliśmy jej odpalić jutro o 5.00, tak jak chciały dziewczęta, bo faceci wykazali się inteligencją i woleli dłużej pospać…

W każdym razie Onufry ruszył rozstawić grę, a my kontynuowaliśmy konsumpcję paluszków i po 15 minutach ruszyliśmy dalej. Było zimno. Szliśmy w mżaweczce i w zapadających ciemnościach. Szło się w miarę. Po drodze chcieliśmy zajść do kościoła, by zapytać kogoś o naszą zagadkę, bo każda z dwóch ekip (Krzak z Izą i Drapak z KaSią) miała mapę z punktami, a prawidłowość i kolejność punktów trzeba było rozwiązać z otrzymanych zagadek. Ale niestety – księdza nie było, ale jak się później okazało dobrze kombinowalismy z naszą zagadką 🙂 Szliśmy dalej. Zdążyło zrobić się ciemno i paskudnie. Natknęliśmy się na watahę (4 sztuki) miejscowych, którzy mieli frajdę idąc za nami. Kiedy minęliśmy dyskotekę i weszliśmy w las, okazało się, że hawaje zostali :-). W lesie poza tym, że nie było miejscowych, nie było żadnych zalet. Padało tak samo, czyli nieźle, za to droga była pełna kałuż i to w większości pozamarzanych i co trochę ktoś się potykał, umaczał itp. Szliśmy powoli. Straciliśmy zapał na grę i stwierdziliśmy, że się skontaktujemy z Onufrym, korzystając z tego, że wziął drapitelefon. Niestety w lesie był kiepski zasięg, a Onufry zepsuł telefon i miał problemy z klawiaturą, przez co pisał smsy o treści: „Kt+orej glownejdrogi Jesli nie bedzipecie tt+t+t+ T+u w 15 mintjtjakaj” -> myśmy z tego mieli skumać, że on za kwadrans opuszcza peron… Nic to, w każdym razie w pewnym momencie skumaliśmy, że nasz drużynowy idzie za nami :-). W drodze raczej nie rozmawialiśmy, bo komunikację zagłuszała deszczowa aura i kaptury na uszach. Do szkoły dotarliśmy w 2 turach (Krzak z Izą podjechali stopem z dwoma miłymi panami) około 18. Byliśmy przemoczeni, plecaki były mokre, śpiwory też, a na stopach zaczynaliśmy obserwować pierwsze objawy mózgostopia. Kiedy się okazało, że w szkole są zimne kaloryfery poczuliśmy się źle, a Onufry zadzwonił do pani, by coś z tym zrobiła (Dzwonił od Izy, bo drapitelefon nadal nie działał). W trakcie kiedy systematycznie zapełnialiśmy kaloryfery naszym dobytkiem i przygotowywaliśmy obiad, Onufry z panią szatniarką odpalili kocioł i mieliśmy grzanie :-). Zabawny cytat z wyprawy – kiedy Iza zaglądnęła do czajnika i ujrzała kamień, powiedziała: ojoj… Za to kiedy Onufry po obiedzie tak radośnie wzdychał wylegując się w śpiworku i na materacu, a KaSia położyła się niedaleko; Drapak stwierdził, że teraz KaSia będzie wzdychać, KaSia odpowiedziała: „wcale nie! …ojoj… :-)”

Na obiad był ryż z kiełbasą w sosie meksykańskim :-). Póżniej nieco się wylegiwaliśmy omawiając próbą Izy na naramiennik. Następnie był kominek Onufrego, na temat naszych i nie tylko naszych marzeń :-). Bardzo śpiący i nieco zmęczeni i już troszkę osuszeni poszliśmy spać koło 00.00.

20.01.2008 (niedziela)

Pobudka o 6.00. Straszne… No, ale mogło być gorzej, gdybyśmy nie zrezygnowali z gry terenowej Onufrego i wstali o 5. Szybkie śniadanko i pakowanie. Onufry do mnie: „Widziałeś może… A zresztą, co ja będę z tobą rozmawiał…?”

Spakowani i najedzeni ruszyliśmy w drogę. Krzaku zapomniał scyzoryka ze szkoły i się po niego wrócił, a ja w tym samym czasie przeczesałem okolicę pobliskiego kościółka, ale nie było wiele czasu, to nie udało mi się znaleźć ukrytego tam geocech’a. Poczekaliśmy trochę na peronie w Dalekie-Tatrach (Tartak – przyp. errata do tłumaczenia :)), po czym wsiedliśmy do autobusu szynowego i pojechaliśmy do Tłuszczu (nie do Tluszczu pojechalismy, tylko do Tluszcza. Ech. Przyp. Onufrego). Tu nie udało nam się wsiąść do PKP do domu, o co Onufry pożarł się z konduktorem z naszego autobusu szynowego. W poczekalni Onufry błyskotliwie zlokalizował transport na Zachodni. W tak zwanym międzyczasie, Kazik przesłał info, że w Tłuszczu nie ma żadnych skrzynek opencachingowych.. Udało nam się wsiąść do prawie pustego wagonu i kupić bilety, niestety w Warszawie Wschodniej okazało się, że do Zachodniej trzeba się przesiąść w inny PKP… Po tych perypetiach udało nam się na dworcu Zachodnim odpaliś apel kończący, w którym otworzyliśmy sobie kilka sprawności, a Iza – próbę na naramiennik :-). Wróciliśmy z KK (KaSio-Krzakiem) na pętlę autobusem linii 184 🙂

Epilog
Ech… jak skumam dokładnie nazwę kościoła to dopiszę 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.