Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 21

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 21

Warning: mysql_fetch_array() expects parameter 1 to be resource, boolean given in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 25

Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 39

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 39

Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 45

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 45
Gra miejska – styczeń 2007 – 151 WDW "A co może pójść źle?"

Wrz 14

Gra miejska – styczeń 2007

Spotkaliśmy się na Dworcu Zachodnim. Mieliśmy się spotkać wszyscy, ale niestety okazało się, że część nie dotarła. Niestety, nie dotarli konkretnie organizatorzy, konkretnie Kasia, Mira i Krzak, którzy to wystrychnęli nas na konia i pojechali wcześniej. W zamian dostarczyli nam Kazika z prośbą o oddanie w stanie nieuszkodzonym (do której do prośby się ustosunkowaliśmy pozytywnie) oraz całą masą kopert. Koperty dzieliły się na indywidualne i grupowe. Indywidualne każdy czytał sam, a grupowe nie. W pierwszej kopercie grupowej była informacja, że mamy wsiąść w pociąg do Częstochowy (co nie było porażającą niespodzianką, jako, że rajd był do Częstochowy) i bilety. Kupiliśmy jeszcze bilet dla Grażyny (której obecność na rajdzie do ostatniej chwili nie była pewna, ale o tym później), i wsiedliśmy w pociąg.

Okazało się, że organizatorzy również zrobili nas w wiatr, bo kazali wsiadać w pociąg jadący w góry pierwszego dnia ferii na dworcu Warszawa Zachodnia. Dopiero po pewnym czasie udało nam się wszystkim (konkretnie Gosi, Izie, Grażynie, Drapakowi i Onufremu) zająć miejsca w jednym przedziale. I nie musieliśmy nawet eksplodować śledziony Grażyny (tu oczekiwane wyjaśnienie – dzień przed rajdem okazało się, że Grażyna złapała mononukleozę – która to objawia się ogólnym rozbiciem, jest zaraźliwa przez ślinę (Mira, jako młodsza siostra, z radością informowała wszystkich, że z Grażyną nie można się całować) i może spowodować pęknięcie śledziony. Na co wszyscy niecierpliwie czekaliśmy).

W pociągu nie robiliśmy nic zbytnio mądrego. Gadaliśmy, zastanawialiśmy się co dalej i usiłowaliśmy trochę odsypiać.

Tuż po opuszczeniu pociągu stały się dwie rzeczy. Po pierwsze otworzyliśmy kopertę i okazało się, że zostaliśmy przeniesieni w czasie o jakieś 65 lat w tył. Co za niefart. I co więcej mieliśmy coś eksplodować. I nie była to śledziona. Po drugie Onufry zaczął symulować chorobę gardła, jako, że tak mu kazała jego indywidualna koperta. Co więcej, do localsów mieliśmy się zwracać w dowolnym języku, byle nie polskim (co, nie czarujmy się, oznaczało angielski). No i mieliśmy udać się w szereg miejsc, wskazanych w bardzo zakamuflowany sposób, by tam zdobyć materiały wybuchowe.

Mapa na dworcu okazała się wystarczająca, by zlokalizować najbliższą informację turystyczną. Tamże się udaliśmy, po drodze Onufry w Empiku sprawdził, że patronem Wenecji jest święty Marek (a przynajmniej tak mówił przewodnik Pascala “Włochy”), ale już nie mówił, więc z nikim się nie podzielił tą informacją. W związku z tym, że organizatorzy wystawili nas do butelki zabierając najbardziej gadającego członka ekipy, z panią w informacji po angielsku negocjowała Gosia, z pewnym wsparciem Grażyny i Krzaka. W międzyczasie Drapak używał automatycznego systemu lokalizacji rzeczy w mieście. Nie pamiętam dokładnie listy wszystkich rzeczy, które mieliśmy namierzyć, ale:

– Dostaliśmy SMSa o tajemniczej treści NMP – Bianco – Barcaonda – pomiędzy.

– Dowiedzieliśmy się po francusku, że mamy coś zrobić na długim (podana długość zgadzała się z długością Alei NMP), było tam coś o samochodach i kursach. Obszukaliśmy jedyną szkołę nauki jazdy przy Alei NMP, ale niestety nic tam nie było. Potem okazało się, że te kursy to były wyścigi, a koperta to ta od Barcaondy.

– Dowiedzieliśmy się, że mamy coś zrobić z patronem Wenecji, Parmy i Montpellier. Wiadomo, że z Wenecją jest związany św. Marek, też powiedział tak przewodnik, ale generalnie w Częstochowie nie ma nic związanego ze św. Markiem, więc tu utknęliśmy.

– Był fragment wiersza, i należało znaleźć bodajże muzeum poetki. Nasza znajomość poetek wykluczyła Szymborską i Jasnorzewską-Pawlikowską, ale zanim namierzyliśmy, że to Poświatowska, to SMSem muzeum poetki zostało zmienione na sanktuarium św. Antoniego z Padwy.

– Było coś z Moniuszką i muzyką. Ale nie wiem, co, i tak tego nie znaleźliśmy.

– Był fragment “Lokomotywy” Tuwima i zwrot “la musee”. Nie wymagało geniuszu, żeby zrozumieć, że kierują nas na muzeum kolejnictwa.

– Było też odniesienie do chińskiego wynalazku związanego z ogniem, a jako, że w kilku miejscach był eksponowany napis “muzeum zapałek”, to stwierdziliśmy, że trzeba je zahaczyć.

– Była wskazówka kierująca nas na były pomnik czerwonoarmistów, czy jakoś tak. Pani w informacji turystycznej nic takiego nie kojarzyła (pani w informacji turystycznej generalnie w ogóle nie kojarzyła).

– Była wskazówka na organy, o zadanym rozmiarze. To, ku naszemu niepomiernemu zaskoczeniu, pani w informacji kojarzyła. Chodziło o archikatedrę, czy jakoś tak.

– Była wskazówka kierująca nas na cerkiew, i to byłą (była napisana po rosyjsku, ale słowo bylszaja zinterpretowaliśmy poprawnie). Niestety, pani w informacji jak najbardziej poprawne pytanie o cerkiew (“the place where the orthodox people pray”) przetłumaczyła na pytanie “gdzie modlą się ortodoksi”, potem pomieszała to z pytaniem o Moniuszkę i odmówiła informacji o muzyce ortodoksyjnej. Kilka osób musiało wyjść z informacji turystycznej, coby się nie roześmiać.

– Była wskazówka, z której wiele nie rozumieliśmy, ale był tam zwrot “Zagroda Włościańska” (co jednoznacznie identyfikowało miejsce na mapie) oraz coś co Grażyna z Onufrym zidentyfikowali niepoprawnie (ale skutecznie) jako balkon, więc udaliśmy się do kamienic z widokiem na Zagrodę Włościańską. Przy okazji był tam też uroczy zwrot “Podjasnogórskaviertel”.

– Była wskazówka mówiąca o renesansowej wieży związanej z Matką Boską.

Pani w informacji turystycznej zabrała nam pół godziny i dała niewiele w zamian, a i to tylko dzięki niepomiernej cierpliwości Gosi. Wpierw poszukaliśmy nauki jazdy, która była o rzut beretem, ale nic z tego – nigdzie w jej okolicy nic nie znaleźliśmy. Wracając, wypatrzyliśmy idąc w jedną stronę Alei Najświętszej Marii Panny knajpę Barcaonda, w drugą zaś salon mody ślubnej Bianco. Pomiędzy nimi faktycznie była rynna, za nią zaś koperta. Podniesieni nieco na duchu zrezygnowaliśmy z wizyty w cerkwi (która raczej nie była była, i która Drapak namierzył na automatycznym systemie namierzania) i poszliśmy do Zagrody Włościańskiej. Tam po chwili trafiliśmy odpowiednie kamieniczki i zgarnęliśmy drugą kopertę. Stwierdziliśmy, że jak już jesteśmy pod Jasną Górą, to ją sprawdzimy, a nuż wieża jest renesansowa, poza tym jak robi się grę w Częstochowie, to trzeba dać punkt na Jasnej Górze (błądziliśmy). Pod wieżą nic nie było. Ale za to w punkcie informacji turystycznej była osoba, która mówiła po angielsku (np. rozumiała słowo “orthodox”), poinformowała nas, że wieża jak najbardziej jest barokowa, i nakierowała nas na sanktuarium św. Antoniego z Padwy. Nie było to banalne (bo nakierowała nas poprzednio na dwa inne miejsca), ale w końcu się udało. Atmosfera miejsca zadziałała też cudownie na Onufrego, który odzyskał głos.

Dalej udaliśmy się do cerkwi (zgodnie z przewidywaniami koperty nie było), muzeum kolejnictwa (koperta była), sanktuarium św. Antoniego z Padwy (gdzie długo szukaliśmy, w końcu Iza zadzwoniła do organizatorów i dopiero po hincie znaleźliśmy – nadmienię, że jasno już nie było, a ciepło to nigdy nie było).

Po drodze korzystaliśmy z komunikacji miejskiej, co nie było łatwe, bo trzeba było po angielsku kupić bilety. Pan w kiosku, słysząc język Szekspira, Coleridge’a i Marka Twaina zareagował wpierw zamknięciem okienka, potem zwrotem “mów pan po polsku, bo nic nie rozumiem” i generalnie wrogością, i dopiero interwencja przyjaźnie nastawionego tubylca nam pomogła. Poniekąd Drapak, który płacił, gdy podał dychę i pan powiedział “jedenaście”, zamiast grzecznie poczekać na tłumaczenie, potulnie wyciągnął brakującego złocisza, psując nieco nasze incognito. Warto też nadmienić, że incognito złamała też Gosia, podrywając jakiegoś przystojnego młodzieńca w tramwaju (no dobra, chyba po prostu pytała o drogę) oraz Onufry, który widząc panią zabuksowaną maluchem w kupie śniegu grzecznie podszedł i zaproponował “popchnąć?”.

Tymczasem, podczas dygresji, zaliczyliśmy muzeum zapałek (koperta jak najbardziej była, i nie była trudna do znalezienia) i na koniec trafiliśmy do archikatedry (gdzie organizatorzy zszokowali nas, zostawiając kopertę w środku, a my zszokowaliśmy jednego księdza, szukając jej). Potem otworzyliśmy trzecią kopertę.

W trzeciej kopercie było coś o drugiej alei, i było to po rosyjsku. Zwalczyliśmy ten problem i udaliśmy się na jedyny dostępny plac na “W” na całej Alei NMP, czyli plac Biegańskiego (a może Biegajskiego? W każdym razie litery “B” i “W” są podobne). Tam spotkaliśmy Krzaka, Mirę i Kasię, zdobyliśmy kopertę pod pomnikiem Piłsudzkiego i udaliśmy się na zasłużony posiłek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.