Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 21

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 21

Warning: mysql_fetch_array() expects parameter 1 to be resource, boolean given in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 25

Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 39

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 39

Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 45

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 45
Obóz Norwegia – 2006 – 151 WDW "A co może pójść źle?"

Wrz 14

Obóz Norwegia – 2006

03.08.06 – czwartek

Zaczęło się (choć jeszcze nie do końca) spotkaniem w hufcu. Spakowani, zwarci i gotowi przyszliśmy do hufca, żeby podzielić się jedzeniem. 20 centymetrowa warstwa soi, przypraw, makaronu, słodyczy, kaszek i innych rzeczy zalegała prawie na całej powierzchni sali kominkowej. Dzięki zaawansowanym metodom kompresji (spuszczaniu powietrza) udało się zmniejszyć objętość i jakoś upchać to do plecaków.

Kiedy upewniliśmy się, że żaden z bagaży nie waży więcej niż 30 kg (na tyle pozwalał samolot), mogliśmy się rozejść lub nocować w hufcu.


04.08.06 – piątek

Samolot odlatywał o godzinie 6:00, ale trzeba było być wcześniej, żeby przejść przez przyprawę – oddać bagaże, pokazać paszporty itp. Oczywiście byliśmy wcześniej i musieliśmy trochę poczekać. Ku mojemu zdumieniu, nie przyleciał, tylko przyjechał i nie samolot tylko autobus… Okazało się, że ten autobus zawiezie nas do samolotu, i tak tez się stało.

img_0559.jpg

img_0559.jpg

Około godziny 6:00 samolot odpalił silniki i pojechał w stronę al. Krakowskiej by po chwili wzbić się w powietrze i polecieć prosto do Szwecji. Leciało się super, gdzieś nad Bałtykiem zaczęło być widać nawet coś innego niż mgła, ale w końcu trzeba było wylądować. I tak około godziny 8:00 wylądowaliśmy w Goeteborgu. Właściwie wylądowaliśmy spory kawałek za Goetheborgiem więc trzeba było cofnąć się autobusem.

Tu zaczęły sie problemy, okazało się, że na pociąg którym mieliśmy jechać no Narwiku potrzebne są miejscówki. Problemem nie było to, ze miejscówki są potrzebne, ale to, że nie nie można ich kupić. Po krótkiej naradzie przemodelowaliśmy obóz tak, że nie będziemy w Narwiku, ale pojedziemy najdalej jak sie da, kolejami Norweskimi. Przedstawiliśmy nasz pomysł panu z informacji kolejowej, a ten powiedział, że joł i że spoko możemy jechać i żadne miejscówki nie będą potrzebne. Pociąg odjeżdżał późnym popołudniem więc mieliśmy trochę czasu dla siebie oraz na załatwienie spraw obozowych (kupienie strun do gitary oraz benzyny).

Koło 16 wyruszyliśmy w pierwszą część podróży czyli do Oslo. W Oslo szybka przesiadka w pociąg nocny do Trondheim. Tak minął wieczór i poranek dnia pierwszego.

05.08.06 – sobota

Dzień zaczął sie w pociagu, ale juz koło 8 byliśmy w Trondheim. Tam szybka przesiadka w pociąg na północ i jedziemy dalej. Skład którym jechaliśmy zaczął wreszcie przypominać polskie koleje, a nie statki rodem ze Star Treka.

Posługując się atlasem samochodowym widzianym w Goetheborgu i mapą linii kolejowych Onufry znalazł dogodne miejsce na opuszczenie pociągu a była to miejscowość Lonsdal – gdzie dojechaliśmy wczesnym popołudniem w tak zwanym międzyczasie przekraczając koło podbiegunowe.

Na stacji udało nam się zostawić sporą część bagaży, oraz zrobić zdjęcie mapie, którą udostępniła nam pani ze stacji.

Miejscem w którym zdecydowaliśmy się rozbić były okolice jeziora Kjemanatnet, gdzie udało nam się dotrzeć przed zmierzchem. W czasie szukania miejsca na rozbicie namiotów część z nas zajęła się robieniem obiadu, a nie było to proste bo na Dieslu kuchenka nie chciała zapalić. Pierwszy kontakt z soją nie był czymś przyjemnym.

Jeszcze przed zmierzchem udało nam się zrobić namioty i wtedy też zaczęliśmy podejrzewać, że z tym zmierzchem coś jest nie tak.


06.08.06 – niedziela

Na ten dzień zaplanowaliśmy wyjście do Kościoła. Podejrzewaliśmy występowanie takowego w miejscowości Bodo odległej o jakieś półtorej godziny drogi pociągiem. Trzeba było wstać bardzo rano, żeby zdążyć na pociąg, ale udało nam się. Msza była za jakiś czas, mogliśmy więc pozwolić sobie na szybkie zwiedzenie miasteczka. Niestety nie mogliśmy zostać na całej Mszy bo byliśmy nieco ograniczeni pociągiem powrotnym, udało nam się jednak zostać na pierwszej połowie. Co działo się po powrocie nie jestem w stanie opisać, dlatego, że nie było mnie tam – napiszę wiec co było w miejscu w którym byłem. A było tak: Okazało się, że z jakichś przyczyn Ola Ola musi wracać wcześniej do Polski, w związku z tym zdecydowaliśmy, że pojadę z OląOlą do najbliższego dużego miasta w celu zakupu biletów lotniczych. Miastem tym była Mo i rana. Niestety nigdy tam nie dotarliśmy ponieważ gdzieś na wysokości koła podbiegunowego pociąg się zatrzymał i konduktor powiedział, że engine sie zepsuł i nie potrafią go naprawić. Staliśmy tam dobre pare godzin więc pojawiły się pomysły żeby wracać na piechotę (na szczęście konduktor zabronił wysiadać). Żebyśmy się za bardzo nie rzucali dostaliśmy po ciasteczku i soczku (a był to najkonkretniejszy posiłek tego dnia). Po kilku godzinach pociąg ruszył ale nie było już sensu jechać do Mo i rany więc najbliższym pociągiem wróciliśmy do Lonsdal.


07.08.06 – poniedziałek


No i wreszcie jakiś konkret – wyprawa na lodowce. Jak zwykle rano bla bla bla, ale to nieważne bo idziemy na lodowiec:)

Okazało się, że nie jest ani blisko ani lekko, ale na pewno warto. Po drodze podziwialiśmy piękne choć dość kosmiczne widoki, ponieważ poza cienką warstwą trawy, zupełnie nic nie rosło aż po horyzont. Na miejscu, pod lodowcem, zostawiliśmy geocache’a (który po dziś dzień nie został zarejestrowany). W drodze powrotnej kilka osób pobiegło wcześniej by zacząć gotować obiad.

Nie było już dla nas zaskoczeniem, że wszystkie czynności udało się zrobić przed zmierzchem. Działo

się tak dlatego, że zachód słońca zaczynał się około 22 a kończył koło 1, natomiast wschód zaczynał się gdzieś około 3.




08.08.06 – wtorek

Tego dnia we wczesnych godzinach rannych, niedaleko naszego obozowiska zaczaiła się i zaczęła jeść śniadanie grupa Niemców. Aby pokazać im z kim mają do czynienia, postanowiliśmy szybko zrobić apel z flaga i hymnem.

Na dziś planowana była wycieczka „na górę” – czyli wejście na najbliższy duży szczyt.

Zaraz gdy ruszyliśmy, Niemcy zaczęli iść za nami. Starając się ich zgubić zboczyliśmy ze szlaku i zaczęliśmy iść prosto pod górę. Gdy dalej szli za nami Onufry poszedł z do nich by powiedzieć im, że już nie idą szlakiem. Okazało się, że nie chcieli iść za nami tylko znaleźć dobre miejsce na rozbicie namiotu.

My zrobiliśmy postój trochę dalej – a było to pod jedynym w promieniu wielu kilometrów drzewem.

Wejście na szczyt było trudne z powodu silnego, zimnego wiatru oraz naszego zmęczenia poprzednią wycieczką. Gdzieś w 3/5 podejścia reszta zrezygnowała z drapania się na szczyt i zawróciła. Pozostali w składzie Krzak Drapak Kazik zdobyli szczyt. Jako, że część grupy była w obozie pierwsza – zaczęli gotować obiad. Dzięki temu trafiliśmy prawie od razu na ciepły posiłek. Nikt nie wie czy to fasolka czy grzyby, czosnek czy woda, ale tej nocy nie czuliśmy się najlepiej.




09.08.06 – środa

W związku z tym, że noc nie była dla wszystkich tak samo spokojna (niektórzy dali tego wyraz na apelu), dzisiejszy dzień miał być luźny.

Reszta została w obozowisku grając w krowy i śpiąc, a Krzak Kazik i Drapak postanowili zrobić sobie krótką wycieczkę na plażę. Samo leżenie na plaży po jakimś czasie wydało się nudne, podjęliśmy więc próbę pływania. Niestety nawet w słoneczny dzień pływanie za kołem podbiegunowym jest mało przyjemne. Dzisiaj trzeba było pójść spać wcześnie, ponieważ następnego dnia wyruszaliśmy z samego rana.





10.08.06 – czwartek

Pobudka była wczesna, następnie szybkie śniadanie i zwijanie namiotów. Później biegiem do pociągu i już jedziemy do Trondheim. Kolejny pociąg był wystarczająco późno więc mogliśmy zwiedzić miasto. Pierwsze co postanowiliśmy zrobić z Krzakiem i Drapakiem, to zaopatrzyć się w racje żywnościowe które w razie czego pozwolą nam przeżyć (lembasy i marmolada), drugie w kolejności było mycie – prysznice udostępnia centrala Interrail – tam był też darmowy dostęp do sieci. Na zwiedzanie miasta zostało nam kilkanaście minut, ale dzięki temu że można tam za darmo wypożyczać rowery, udało nam się objechać najważniejsze miejsca. Po południu pojechaliśmy pociągiem do Dombas, a tam przesiadka w pociąg do Andalsnes.

Tego dnia zrobiliśmy ok. 600 km. na południe, występowało więc tu takie zjawisko jak ciemność w nocy. Na wyjście w góry było już za późno a miasteczko nie oferowało żadnego interesującego nas noclegu. Postanowiliśmy wejść kawałek szlakiem i nocleg znaleźliśmy na tarasie widokowym.


11.08.06 – piątek


Dzień zaczął się 800 metrowym podejściem na szczyt góry. 800 metrom w pionie odpowiadało 1,8 km. w poziomie – było więc dosyć stromo. W trakcie męczącej wspinaczki Ola Ola uszkodziła sobie kręgosłup – trzeba było ją odciążyć. Gdy wdrapaliśmy się na szczyt spotkaliśmy ludzi którzy zapytani powiedzieli, że najbliższa woda jest parę godzin dalej. Postanowiliśmy więc poszukać miejsca na nocleg jak najbliżej by w razie czego móc chodzić po wodę do Andalsnes. Szczęśliwie udało nam się znaleźć niewielkie źródełko kilkaset metrów od namiotów. Nie mieliśmy już sił ani chęci na wycieczkę, więc resztę dnia i wieczór spędziliśmy na krowach i zajęciach programowych Drapaka.





12.08.06 – sobota

Sobotę postanowiliśmy spędzić na wycieczce do odległego o „parę godzin” jeziora. Parę godzin to się tam idzie chyba w zimie, bo dotarliśmy tam w nieco ponad godzinę – Pierwszą atrakcją była kąpiel w jeziorku które utworzyło się na przedpolu małego lodowca. Było trochę czasu na grę w krowy i nicnierobienie. W powrotnej drodze najedliśmy się jagód których był tam dostatek. Wieczór spędziliśmy na wymyślaniu co robimy dalej w związku ze stanem zdrowia Oli Oli który nie pozwalał jej na noszenie ciężkiego plecaka i chodzenie po górach.

Zdecydowaliśmy, że nie będziemy jechać w kolejne góry a Oli Oli odsyłać do Polski, a najbliższe trzy dni będziemy zwiedzać miasta.




13.08.06 – niedziela

Na pierwszy ogień poszło Bergen – drugie co do wielkości miasto Norwegii. Z rana spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w dół. W tym momencie nieśliśmy już r zeczy Onufrego (od początku obozu nie mógł nosić plecaka), rzeczy Oli Oli rozłożyliśmy między resztę osób (głównie Krzaka).

Podczas zejścia Grażyna skręciła sobie kostkę – na szczęście było to już za najcięższym zejściem. W tym momencie zdolnych do noszenia była już tylko połowa osób. Onufry oddając komuś gitarę zgodził się donieść plecak Grażyny do Andalsnes. Mimo wypadku i sporego przeciążenia dotarliśmy do Andalsnes przed czasem i zajęliśmy się szukaniem Mszy. Najbliższa była 20 km od nas, więc nie było szans żeby tam dotrzeć. Przy dworcu stał wagon zamieniony na kaplice – można w nim było poczytać dwujęzyczną Biblię i posłuchać muzyki. Pociąg zabrał nas do Dombas tam, przesiadka w coś do Oslo a z Oslo pociąg nocny do Bergen.



14.08.06 – poniedziałek

Pociąg był zatłoczony a konduktorzy bezwzględnie kazali płacić za miejscówki i wyganiali z przejść. Noc była więc dosyć ciężka.

O poranku dotarliśmy do Bergen. Zwiedzaliśmy turami ponieważ ktoś zawsze musiał być z plecakami zdołowanymi na dworcu. Onufry wyjeżdżając kawałek za miasto przetestował kuchenkę na benzynie destylowanej – ruszyła bez problemów. Obiadu nie chcieliśmy gotować na dworcu zjedliśmy więc kanapki. Stacjonujący niedaleko nas Żydzi byli mniej subtelni i odpalili kuchenkę która buchała płomieniem jak ognisko. Na dworcu spotkaliśmy również Szweda który wracał do domu – zagrał nam na gitarze kilka piosenek.

Gdy wsiadaliśmy w pociąg nocny do Oslo wiedzieliśmy już czego się spodziewać. Na szczęście nim zły konduktor sprawdził bilety Drapakowi przypadkiem udało się odkryć, że drzwi do liku bagażowego są otwarte. Na podłodze było bardzo dużo miejsca – spało się więc doskonale.


15.08.06 – wtorek

Oslo – mimo że najmniej atrakcyjne ze zwiedzanych miast, wspominam miło, głównie za sprawą darmowych jogurtów które dostawaliśmy za każdym razem kiedy wchodziliśmy lub wychodziliśmy z tarasu na którym leżały plecaki. Z tarasu kilkakrotnie starała się nas wyrzucić policja – za każdym razem mówiliśmy że ok, zbieramy się poczekamy tylko na resztę grupy żeby pomogła nam nosić plecaki. W końcu domyśliliśmy się, że chodzi im o to, że gacie Drapaka suszyły się na barierce tarasu i było je widać niemal z każdego miejsca dworca. Na czas obiadu przenieśliśmy się na koniec peronu by móc rozpalić kuchenkę – gdy tylko ją rozpaliliśmy zobaczyliśmy funkcjonariuszy idących w naszą stronę. Na szczęście Ci nie czepiali się tylko poradzili nam żebyśmy przenieśli się w zasięg monitoringu bo poza zasięgiem kamer to bardzo niebezpieczne miejsce (był tu nawet kiedyś napad). Kolejnym i ostatnim już miastem był Sztokholm.

Podróż pociągiem Szwedzkich linii była dość wygodna – jedynie kran w toalecie był skonstruowany tak, ze nie pozwalał na mycie.


16.08.06 – środa

Sztokholm jest bardzo ładnym miastem oraz nieco tańszym niż dowolne miasto Norwegii. Tutaj też interesowała się nami policja – ale ci potrafili uczciwie przyznać, że chodzi im o to, żeby nie spać w pozycji leżącej. Wieczorem pożegnaliśmy Olę Olę która leciała do Polski a sami wsiedliśmy w pociąg nocny do Oslo.





17.08.06 – czwartek


Plan był taki, że zaraz po dotarciu do Oslo kupujemy bilety i jedziemy do Otta. Z nieznanych mi przyczyn biletów nie dało się kupić w kasach biletowych tylko w automatach biletowych. Automaty które stały koło kas obsługiwały jedynie monety i karty kredytowe. Mieliśmy więc około 15 min, na wymienienie ok 1000 koron (500 zł) na monety, z rana kiedy nikt nie ma w kasie drobnych. Udało się to zrobić w jakieś 17 min. pozostało więc nam kupić bilety na następny pociąg. Ale to nie koniec problemów bo automat może przyjąć jedynie 200 koron na raz. W czasie kiedy szedłem na peron zameldować o tym problemie, znalazłem ukryty automat z rysunkiem banknotu. Druga część gry polegała więc na wymienieniu 1000 koron z powrotem na banknoty. Następny pociąg był za jakieś 1,5 godziny mogliśmy więc spokojnie zjeść śniadanie.

Pociąg zawiózł nas do miejscowości Otta, skąd mieliśmy łapać autobus do Jotunhaimen. Nie udało się tego dokonać więc wybraliśmy inny park narodowy – Rondana. Miejscowość do której jechaliśmy nazywała się Mysusaeter.

Namioty rozstawiliśmy na bagnie niedaleko szlaku, było tam bardzo miękko choć trochę wilgotno, dopiero po jakimś czasie znaleźliśmy wodę która nie była żółta.


18.08.06 – piątek

Mieliśmy poczucie, że po zwiedzaniu miast brakuje nam porządnej wycieczki. Tego dnia wyruszyliśmy więc na wielką kopę kamieni. Trasa miała ok. 30 kilometrów z jednym sporym podejściem. Jakiekolwiek pojawiające się zmęczenie niewelowane było pięknymi widokami dookoła. W drodze powrotnej Krzak i Onufry forsowali rwącą rzekę. Zmęczeni ale szczęśliwi na wieczór wróciliśmy do obozu. Odkryliśmy do tego, że miejsce w którym jesteśmy dysponuje ogromna ilością jagód.


19.08.06 – sobota

Zmęczeni wczorajszą wędrówką nie planowaliśmy na ten dzień jakichś dużych wypadów. Po tym jak marudziliśmy Onufremu, że chcemy jeść – ten zamknął się w namiocie i powiedział, że możemy jeść do woli i żebyśmy obudzili go jak skończymy. Nie wiem czy skończyliśmy czy Onufremu przestało się podobać siedzenie w namiocie, ale w kocu pojawił się wśród nas i zainspirował do zrobienia smażonego sera. W tym celu część z nas udała się do sklepu w Mysusaeter. Wieczorem przy pięknym obrzędowym ognisku odbył się kominek. Spać poszliśmy stosunkowo wcześnie.


20.08.06 – niedziela

Najbliższy kościół znajdował się ok 15-20 km od nas w miejscowości Sjoa (czyt. sziol – nie: soi sjol sjoal sjoa) . Zdecydowaliśmy jednak, że spróbujemy, a przy okazji zwieziemy na dół część bagaży aby następnego dnia mieć mniej do niesienia.

Podzieliliśmy się na dwie grupy operacyjne w składzie: Kazik i Onufry gr.1 Krzak Drapak Grażyna gr.2 aby łatwiej było łapać stopa. Gr. 1 dość szybko złapała stopa do Otta i zorganizowała miejsce na zdołowanie plecaków (stacja benzynowa). Gr.2 złapała stopa jadącego do miejscowości Sjoa – tego czytanego jako sziol postanowiła więc wysiąść w Otta. Niestety przy głównej drodze nie mieliśmy szczęścia do stopów – udało się tylko drugiej grupie i tylko na koniec nabożeństwa.

Zwyczaje w tym kraju są takie, ze po nabożeństwie rozstawia się stoły i stawia na nich kawę i ciasteczka. Nie wiedzieliśmy za bardzo co się dzieje, ale gdy zaproszono nas do stołu to siedliśmy. Zaraz potem byliśmy świadkami sytuacji w której mężczyzna ubrany podobnie jak my (kurtka turystyczna) podchodzi do pastora i daje mu kluczyki. Zaraz potem opowiedziano nam co się stało, a było tak: Pewien norweg odwoził dziewczyna na pociąg do Otta, niestety po drodze zepsuł mu się samochód. Gdy zobaczył, że przy kościele kręcą się ludzie podszedł i spytał pastora czy nie podwiózłby ich na pociąg, bo zepsuł im się samochód. Pastor rzekł, że teraz nie ma czasu, ale wręczył norwegowi kluczyki. Ten pojechał po dziewczynę, odwiózł ją na pociąg, po czym wrócił oddać kluczyki – czego właśnie byliśmy świadkami.

Okazało się też, że pastor mieszka niedaleko Mysusaeter i może nas podrzucić, w drodze powrotnej złapaliśmy drugą grupę i tak w 6 osób wtoczyliśmy się na górę. Na koniec poprosiliśmy pastora o błogosławieństwo dla grupy która nie dotarła do kościoła. Pastor nie pamiętał słów błogosławieństwa po angielsku powiedział, że pobłogosławi po Norwesku. Być może nie pamiętał też norweskiej formuły bo na powrotnych kartach pokładowych Grażyna nie występowała już jako Miss tylko Mrs.

Aby zdążyć na pociąg, następnego dnia musieliśmy wstać bardzo wcześnie.


21.08.06 – poniedziałek

Dzień rozpoczął się około godziny 4:00 po śniadaniu spakowaliśmy się i ruszyliśmy w dół do Otta. Tym razem nie udało się nam już złapać stopa i całą drogę szliśmy piechotą.

Pociąg zawiózł nas od miejscowości Hammar, a tam przesiedliśmy się w pociąg na lotnisko.

Do samolotu zostało dużo czasu. Spożytkowaliśmy go na zjedzenie tego wszystkiego czego na obozie nie zjedliśmy (morele, daktyle, czekolady itp.) oraz na pozbycie się gazu i benzyny. W końcu zostawiliśmy je w biurze rzeczy znalezionych.

O 18:55 wsiedliśmy do samolotu i polecieliśmy na Okęcie.

* Pewnie pominąłem wiele ważnych/ciekawych/śmiesznych faktów – zwykle nie było to celowe i wynikało z dość długiego czasu który minął od obozu. Pewny jestem miast i połączeń kolejowych bo to była moja działka na obozie. Z wydarzeń nie jestem pewny czy fasola była gotowana przez grupę wracającą z lodowca czy dzień później, tego gdzie Grażyna skręciła kostkę i jak było z jej plecakiem, czy pociąg z Hammar był na lotnisko czy jeszcze do Oslo i dopiero potem na lotnisko.

Obóz jest dość dobrze udokumentowany zdjęciami których bardzo dużo jest na stronie PDW.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.