Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 21

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 21

Warning: mysql_fetch_array() expects parameter 1 to be resource, boolean given in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 25

Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 39

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 39

Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 45

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 45
Gra miejska – 2006 – 151 WDW "A co może pójść źle?"

Wrz 14

Gra miejska – 2006

Gra miejska 2006.

Podstawowy problem z tą kroniką to to, że Gra Miejska była 2006. A mamy 2008. Z bliżej nieznanych powodów zawsze daję się wkręcić w pisanie takich rzeczy, których ktoś nie napisał wtedy, gdy powinny one były być napisanymi… No cóż.

Więc zaczęło się od tego, że postanowiliśmy wziąć udział. Nie zważając na osłabienia transferami naszych zawodników do innych ekip (np. Grażyny do Dewajtis) sformowaliśmy silną grupę w składzie Ola Ola, Ela, Ania (od Oli Oli, ta sama, która była na fragmenciku Triatlonu), Adam (od po kolokwium z czegośtam) i Onufry i wzięliśmy udział.

Wpierw było spotkanie w hufcu. Pojawiło się trzech agentów, marynarki, krawaty, czarne okulary i materiały o agencie Didymos, który zmarł śmiercią tragiczną z jakimiś mega-ważnymi materiałami. Nie pamiętam, po prawdzie, czego te materiały dotyczyły. Ale były mega-ważne. Więc zostaliśmy zwerbowani do wzięcia udziału w wielkim pościgu za śladami przez tegoż Didymosa pozostawionymi. A zacząć się miało od oglądania w sobotę jakiegoś programu na TVN, w klimacie „Dzień dobry”, z czego łatwo wywnioskować, że był on bezbożnie rano… A, dostaliśmy jeszcze hasło do gry: Cyprian. Oraz godzinę startu. Miejsca startu nie otrzymaliśmy.

Znakowani byliśmy opaskami na ramię, kolory biały i niebieski. W sobotę program obejrzeliśmy Ola Ola i ja, no i trudno było nie skumać, gdy pan prezenter pogody powiedział, że pogoda jest tak piękna, że możnaby się przejść z wujkiem Cyprianem do Ogrodu Botanicznego przy Łazienkach. Skrzyknęliśmy resztę ekipy (poza Adamem, który sam się skrzyknął na kolokwium) i spotkaliśmy się przed Łazienkami. Weszliśmy, i patrzymy, kto tam jest. Jakaś adminstracja, jakaś para z dzieckiem, ksiądz, starszy pan z jamnikiem… Hm. Ksiądz podszedł do nas i spytał, czy znamy drogę do Kurii Warszawskiej. No więc nie znaliśmy (uups), ale i tak dostaliśmy kopertę.

Podziękowaliśmy i zmyliśmy się. W kopercie była karta z napisem „to jest wiadomość od kogoś, kto nikomu nie ufau”. I było na niej dużo wolnego miejsca. Jak teraz patrzę na ten błąd ortograficzny, to nie mogę wymyśleć, jak myśmy zdołali wtedy tego nie wymyśleć. Ale udało się. Stwierdziliśmy, że może trzeba do kurii pojechać, skoro ten ksiądz nas o to pytał. W międzyczasie Onufry (to ja, ale jak piszę o rzeczach, które robiliśmy wtedy to będę pisał w trzeciej osobie) wyjął zapałki i zaczął podgrzewać kartkę łagodnie, wychodząc z założenia, że pusta kartka bardzo często oznacza atrament sympatyczny… Potem podjechało 122, więc skończyło się podgrzewanie, ale było widać, że coś się pojawia. Podzieliliśmy się na szybko na dwie ekipy, jedna wzięła kartkę do mieszkania Oli Oli, żeby podgrzać ją przy pomocy żelazka (bo to bezpieczniejsze niż ogień), druga poszła do Kurii. Obie nie osiągnęły sukcesu, jedna z braku żelazka, druga dlatego, że w kurii nikt nie wyglądał, jakby na nas czekał (nawet dowiadywaliśmy się o kościół świętego Cypriana…) Spotkaliśmy się spowrotem na Bankowym i podgrzewaliśmy dalej ogniem. Osiągnęliśmy prawie sukces, kiedy zadzwoniła do nas Baza i spytała, gdzie do cholery jesteśmy. Powiedzieliśmy, że na Bankowym, i już prawie przeczytaliśmy. Dostaliśmy potwierdzenie tego, co przeczytaliśmy, uzupełnienie kawałka, który nieco się za bardzo przygrzał oraz ponaglenie… Okazało się, że tak naprawdę to tam był atrament, który świecił w UV (aha!), ale niestety trochę też wychodził przy podgrzewaniu. Jakby wychodził całkiem, albo wcale, to byłoby OK… Ale trochę… Ech.

Tak czy tak, tam było napisane coś w deseń „Na skrzyżowaniu Emilii Plater i Alei Róż są trzy drzwi. Przejdźcie przez środkowe i idźcie prosto, nie oglądając się za siebie”. No więc Plater i Aleja Róż się nie przecinają, ale tam, gdzie by się przecinały, gdyby się przecinały, to jest Politechnika. No to daliśmy na Politechnikę. Pewnym problemem było to, że środkowe drzwi to akurat zamknięte były, ale weszliśmy przez prawe, idziemy, nie oglądamy się, idziemy, i doszliśmy do jakiejś biblioteki. Wchodzimy, wyraźnie nie byliśmy pierwszą ekipą, która tam wdepła, bo pani już pytała, czy to jakaś gra. Wyszliśmy, i kiedy byliśmy na tej dużej przestrzeni na środku Politechniki, wpadł w nas samochodzik. Taki zdalnie sterowany. I miał karteczkę. No to wzięliśmy i poszliśmy dalej (wg instrukcji z kartki wyszliśmy tylnym wyjściem).

Reszta karteczki była Braillem. Rozpoznaliśmy, że to afabet Braille’a, Onufry trochę nawet znał go na pamięć, ale i tak Adam szybciej przyniósł z jakiejś kafejki pełen wydruk, niż Onufry jakoś sensownie posunął naprzód przekład. Odcyfrowaliśmy dwa adresy, jeden to Jabłonna k/Warszawy, drugi gdzieś w Rzeszowie. Hm… Na karteczce był jeszcze symbol słuchawki telefonicznej. W końcu wpadliśmy na to, żeby sprawdzić kody pocztowe, połączyć w dziesięciocyfrowy numer (zaczynający się od zera). I zadzwonić. W międzyczasie myśląć przemieściliśmy się w okolice Centralnego, i stamtąd dzwoniliśmy. Telefon do nas mówił Morse’em, ale to było proste, adres przy placu na Rozdrożu. I informacja, że jak nie będziemy tam do 15:00, to możemy sobie dać spokój. Było za dziesięć. Taryfa, która wzięła nas wszystkich się znalazła, zajechaliśmy tam z piskiem opon na styk na czas. Antykwariat niestety zamknięty, ale agent, dziwnie przypominający Zycha dał nam numer skrzynki na Dworcu Centralnym i kluczyk do niej. To szybko na Centralny spowrotem, i tam w skrytce znaleźliśmy…

Znaleźliśmy tubkę jakiejś maści. Przeczytaliśmy dokładnie, co jest na opakowaniu tej tubki, był między innymi adres wytwórcy, gdzieś na Chłodnej. No to dajemy na Chłodną, w międzyczasie kombinując, o co innego może chodzić. Otworzyliśmy tubkę, w środku była jakaś maść, nic nam nie mówiła… Na Chłodnej spotkaliśmy ekipę Dewajtis, która wpadła na ten sam pomysł. Ale niestety nic poza tym. Poszliśmy spowrotem na Centralny, weszliśmy do apteki (może należy pójść do apteki? Ale chyba jednak nie, pani w aptece też wyglądała, jakbyśmy nie byli pierwszymi z tym pomysłem)… W końcu siedzieliśmy tam tak długo, aż znowu zadzwoniła do nas Baza… Otwórzcie tubkę! No, otworzyliśmy… Wyciśnijcie! A…. Wycisnęliśmy. W środku, w tej cholernej tubce, była zafoliowana karteczka…

Nie będę dokładnie opisywał wszystkich dalszych punktów, acz trochę ich było – zadanie z balistyki, przedwojenne zdjęcie (tu pod budynkiem, kiedy tam byliśmy, łącznik akurat poszedł na chwilę na spacer…), rosyjski agent, pocztówka po arabsku (kebab na Świętokrzyskiej na ratunek), budynek z napisem na ścianie, rozpoznawanie utworów ze słuchu, Pałacyk Michla, bezdomny lump…

Gry nie ukończyliśmy w czasie. W gruncie rzeczy nie wstyd, nikt nie ukończył. Na końcu była do rozbrojenia bomba (czego też nie udało nam się zrobić, głównie dlatego, że nie udało nam się przeczytać instrukcji, która pojawiła się i znikła). Ech, ale było fajnie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.