Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 21

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 21

Warning: mysql_fetch_array() expects parameter 1 to be resource, boolean given in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 25

Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 39

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 39

Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 45

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 45
Obóz Triatlon – 2004 – 151 WDW "A co może pójść źle?"

Wrz 14

Obóz Triatlon – 2004

Triatlon – tercja rowerowa.

Do domu, spać, chwile na pobycie z dziewczyną i rodziną, pakuję się, i – avanti – o szóstej rano ładuję juki na rower i jadę na Zachodni. Włożyłem też wszystkie namioty obozu, i jeszcze trochę dodatkowego chłamu, i jakoś, cholera, ten rower dziwnie chodził, nie chciał skręcać, ciężki był i niesterowny. I dobrze, że spotkałem naszych na Zachodnim, bo miałem problemy z samodzielnym wniesieniem go po schodach…

Jak się montuje rowery w przedziale dla rowerów? Zagadka. Ale tak czy tak przejechaliśmy, Suwałki, Szestokai, i w końcu Wilno. Tam Krzyś, jak zwykle, spotkał jakichś znajomych, a my tymczasem krótko rozejrzawszy się po mieście zdecydowaliśmy się szukać noclegu w kierunku na południe. Kierunek na południe miał tę zaletę, że był tam las, w który skręciliśmy. Szukaliśmy kogoś, kto pozwoli nam się rozbić na trawniku przed domem. „Budiemy, tego tam, palatki?” – pani nie była entuzjastycznie nastawiona do tego konceptu – „Adam, powiedz jej, że nic nie zniszczymy” „A, to Wy Polacy?”… No i nagle zrobiło się sympatyczniej.

Tymczasem Filip złamał piastę w rowerze zjeżdżając z krawężnika. Więc następnego dnia rano z powrotem do Wilna, zostawiliśmy rowery w warsztacie z rowerem Filipa i poszliśmy pozwiedzać w podgrupach. Potem odbieramy rowery, i w trasę.

Rowery są super. Nic nie ciąży na plecach, odległość znika sama, jakby zaczarowana. Nasz pierwszy nocleg był – dla naszych rowerów – rzut beretem od Wilna, chyba z dziesięć kilometrów. Drugi był już ze 30 od Wilna, bo stwierdziliśmy, że trochę odskoczymy…

Następnym wspomnieniem jest dla mnie Zamek w Trokach. Duży zamek, atrakcyjny, ale jak się okazało, że trzeba płacić, to tylko Adam chciał wejść. Tymczasem zrobiło się oberwanie chmury, pełna zlewka, i w końcu pojechaliśmy dalej.

Nocowaliśmy jak to zwykle, gdzie popadnie. Wstawaliśmy późno i leniwie, jeździliśmy czasem po piachu, a czasem główną szosą na Białoruś.

Którejś nocy urządziliśmy alarm nocny (jedyny, który w życiu urządziłem), żeby zrobić z zaskoczenia ognisko naramiennikowe dla Grażyny. I jedyny raz w życiu nie rozpaliło mi się ognisko. Pokarało mnie…

Potem był dzień, w którym stwierdziliśmy, że trzeba nadgonić nieco dystansu i przybliżyć się do Polski, i wrzuciliśmy chyba z 40 kilo w poniżej dwie godziny po głównej szosie na Białoruś. Gdzieś między Druskiennikami a Wareną zgubiłem mapy. Wszystkie. Rozbici byliśmy na skarpie nad drogą, Adam opowiadał nam o pszczelarstwie, jak jest zrobiony ul (pamiętam takie tekturowe domki, które musi co w sakwach przewiózł całą drogę), na obiad zaś jedliśmy zaproponowaną i wykonaną przez Filipa grochówkę (a może do było dzień wcześniej lub później?). A następnego dnia rano wybrałem się do Wareny kupić jakieś mapy. I w drodze do Wareny wypadł z jakiegoś gospodarstwa kundel i dziabnął mnie w nogę… Cholera.

Rowery są super. Nauczyłem się zmieniać koszulkę na rowerze (łącznie z wyjęciem nowej z sakwy i włożeniem tam starej) bez zatrzymywania. Można gadać, można relaksować się jazdą, wiatr na twarzy, wiatr we włosach… Zgrzyt, ludzie przede mną hamują, piach, cholera, znowu ciągniemy te rowery, ech… Ale i tak większość czasu było super.

Potem był taki dzień, w którym Grażyna postanowiła nas doprowadzić wzdłuż granicy Litewsko-Białoruskiej, a potem Litewsko-Polskiej do przejścia granicznego w jeden dzień. I jechaliśmy fajnymi wiejskimi drogami, czasem asfaltem a czasem bitą ziemią. Kupiliśmy w sklepie w jakiejś miejscowości o barbarzyńskiej nazwie (co nijak jej nie wyróżnia spośród innych litewskich miejscowości) duużo torebek proszku do rozpuszczania Jupi, w tym jeden, który pani nam mówiła, że jest niedobry i raczej nie chcemy go kupować. I jest niesamowite, jak bardzo miała rację… W końcu chyba to wylaliśmy. A potem znowu górki i dołki na drodze, drut kolczasty dzielący nas od Polski, aż w końcu chwilę przed zachodem słońca stanęliśmy na kolejce do granicy wśród TIRów i autobusów, pokazaliśmy pogranicznikom paszporty i przejechaliśmy do Polski.

Rano obudziła mnie ekipa obozowa śpiewając przed namiotem różne piosenki, a następnie dając tort pod pretekstem tego, że to moje urodziny. I było fajnie, ale potem trzeba było przejść do rzeczy i pojechać do jakiegoś miejsca, gdzie obsłużą fakt, że być może mam wściekliznę. Więc wpierw wszyscy zaliczyliśmy punkt obsługi medycznej w Sejnach, w których pani zmieniła mi dobrze założony bandaż na źle założony bandaż. Potem podzieliliśmy się na grupę uderzeniową w składzie ja i Adam, która pojechała do Suwałk w poszukiwaniu szpitala, oraz grupę uderzeniową w składzie reszta obozu, która pojechała zdobyć kajaki. Poszukiwanie szpitala (tego właściwego) trwało długo, udało nam się obronić przed natychmiastową hospitalizacją. Stwierdziłem, że jak mają mnie hospitalizować, to ja wolę w Warszawie, umówiłem się z rodziną, że zgarnie mnie spod Suwałk, a tymczasem jeszcze przeprowadziliśmy ognisko krzyżowaniowe Adama (biedny Adam myślał, że to naramiennikowe Grażyny… A tu taki psikus). Ognisko odbyło się, było wypasione (autorstwa Krzysia), a następnie ja wsiadłem z rowerem do wozu rodziciela (gdzieś o północy na rozstajnych drogach), a reszta obozu zaczęła trzecią część obozu – kajaki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.