Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 21

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 21

Warning: mysql_fetch_array() expects parameter 1 to be resource, boolean given in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 25

Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 39

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 39

Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 45

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/gbinka/public_html/151/151/151/wp-content/plugins/html-templates/htmlTemplates.php on line 45
Beskid niski – 2004 – 151 WDW "A co może pójść źle?"

Wrz 14

Beskid niski – 2004

Jeśli Onufry coś organizuje, to na pewno będzie to coś rewelacyjnego – On zawsze ma jakąś wizję” – zdanie to wypowiedziała Ola tuż przed pierwszym wyjazdem PDW. Właściwie wtedy jeszcze nie byliśmy PDW, ale prawdą jest, że Onufry miał już swoją wizję. Na dworcu zebrała się grupka ludzi z różnych środowisk – wszyscy chcieliśmy się dowiedzieć, co to znaczy rajd drużyny wędrowniczej.

I wreszcie powoli, jak żółw ociężale

Ruszyła po szynach maszyna ospale.

Warszawa została hen gdzieś w sinej mgle,

Niektórym bez Mamy zaczęło być źle.

Można powiedzieć, że już tej pierwszej nocy w pociągu rozpoczęliśmy trudną wędrówkę. Oczywiście tylko palcem po mapie. Ale to wystarczyło, by na niektórych twarzach pojawił się grymas rozpaczy: „Co ja tu robię? Chyba jednak nie trzeba było pakować do plecaka tylu rzeczy!”

Nad ranem wysiadamy i busem dojeżdżamy do Rzepedzi. Nie jest źle. Śniadanko, opowiastki o cerkiewce i… sławojka! Ciężko uwierzyć, że do tej starej budki, całej w pajęczynach, ledwo widocznej zza sterty obrastających ją krzaków, może ustawić się aż taka kolejka. Pierwsza osoba opuszczając ten ostatni ślad cywilizacji krzyknęła: „AUĆ! Uważajcie, na głowy, bo ktoś nisko bardzo deskę przy wejściu przybił.” A potem ten tekst powtórzyło kolejnych 8 osób.

Ruszamy! Pierwsza góra… „nie zapomnieć oddychać! Idźcie nóżki! Jeszcze troszkę! Już niedaleko…” Dlaczego nikt nam nie powiedział, że będziemy wchodzić pod górę?! Dlaczego nie idziemy w dół?!

Zdyszani zdobyliśmy pierwszy szczyt! Leżymy zdyszani, czerwoni i spoceni na łące, a może polu – ciężko stwierdzić nie otwierając oczu. Wiaterek delikatnie powiewa, butelka z zimną wodą powoli krąży pomiędzy nami. Jest cudnie!

A jak już ktoś otworzył oczy i spojrzał w dół, w stronę, z której przyszliśmy, mógł być tylko z siebie dumny! Z ciężkim plecakiem pokonał taki kawał! Nic już teraz nie straszne! Możemy iść! Teraz już i niektórzy śpiewają i rozpoczynają się dyskusje na niezliczone tematy.

Po tym pierwszym wysiłku już chyba każdy z nas wiedział – chcemy wędrować!

Pogoda nie zamierzała z nami zbytnio współpracować. Namioty rozbijaliśmy w deszczu, właściwie to rozbijali co odważniejsi z nas – reszta stała pod drzewem myśląc, że to ich ochroni przed zmoknięciem. A potem? A potem nastąpiła jedna z najmilszych chwil rajdu. Każdy wyjął z woreczka kilka koralików i przekazywał je innym dziękując za wspólne rozmowy, wspieranie się przy zdobywaniu kolejnych wzniesień, uśmiech… W tym momencie byliśmy już drużyną, mogliśmy na sobie polegać, doskonale się rozumieliśmy – przecież razem przeszliśmy przez ten dzień!

Zdecydowanie obiady należy gotować po zmroku. Wtedy jest duża szansa, że nikt nie dojrzy, co tak naprawdę pichci się w kociołku. Jednakże co by tam nie było wrzucone, smakuje jak najlepsze danie w wykwintnej restauracji. Siedzi sobie człowiek na pieńku (jeśli ma farta i takowy pieniek znalazł) i próbuje zgadnąć, co też znajduje się w jego menażce – kukurydza? Fasola? Ryż? a co to jest to zielonego? Blee… Liść z pobliskiego drzewa!

Strumień lodowaty… myć się czy się nie myć? Wyrzucą z namiotu jak się nie umyję?” W sumie tej nocy to już nam było wszystko jedno, spaliśmy jak zabici…

A następnego dnia dalszy ciąg wędrówki. Nie straszne nam jeżyny, nie przerażają nas pokrzywy (przynajmniej tych z nas, którzy założyli długie spodnie). Przechodzimy strumienie, wytyczamy nowe szlaki… nie rzadko jedyne co widzimy to plecak przedzierającego się przed nami.

Czy jest ciężko? Chyba nie… każdy postój to dobry moment do pośpiewania, pobicia się karimatami…

Ogniska wieczorne sprawiają, iż możemy się w pełni zrelaksować i jest naprawdę miło. Do „ceremonii koralikowej” należy dodać jeszcze „świeczkę”. Jest żółciutka, kuleczkowata i daje władzę. Ten, kto akurat ją trzyma może opowiedzieć reszcie o wszystkim co zapamiętał z tego dnia. O najpiękniejszym widoku, największym zmęczeniu… o tym, że ma ogromne odciski, albo że pokrzywy się na niego uwzięły…

Trzeci dzień robimy sobie delikatniejszy. Bez plecaków wędrujemy do granicy. No bo kto by nie chciał być jedną nogą na Słowacji? Przed wyjściem każdy wylosował z woreczki kilka malutkich karteczek z wypisanymi słowami. Pod każdym hasłem kryje się coś innego. Różnorodność oczywiście wielka – od miłości i rodziny po czekoladę. Cały dzień bawimy się w giełdę wartości. Każdy stara się wymienić z innymi na najbardziej dla niego drogocenne karteczki. A wszystko po to, by wieczorem móc opowiedzieć innym, dlaczego takie właśnie wartości są dla niego istotne. Jedynie „fura, skóra i komóra” wylądowała w ognisku… jakoś nikt tego nie chciał.

Ognisko obrzędowe. To ten moment, kiedy naprawdę czujemy się harcerzami, oddanymi idei. Ostatni wieczór. Wspominamy najcenniejsze doświadczenia z wyjazdu. Wiele wzruszeń, trochę łez. Chcemy to powtórzyć jak najszybciej. Mamy przecież już hymn naszej drużyny…

Wokół góry, góry i góry

I całe nasze życie w górach…

To był naprawdę wspaniały wyjazd… Miał nas zjednoczyć, mieliśmy stworzyć drużynę. I udało się! Z hasłem przewodnim „A co może pójść źle?” mamy zamiar jeszcze wiele razem zrobić… Wiele razem przejść…

Z kronikarskiego obowiązku bardziej niż z autentycznej potrzeby warto nadmienić, że był jeszcze czwarty dzień. Był nieco mniej radosny, był bowiem dniem powrotu. No i wracaliśmy – wpierw na piechotę (gubiąc po drodze Olę Olę) do cywilizacji (choć to była słaba cywilizacja, nawet sklep nie był czynny, pomimo iż w przypływie heroizmu część z nas do niego dotarła). Potem zaś dworzec kolejowy w Krośnie, na którym Grażynka wyciągnęła karty, no i nocny pociąg do domu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.